heading article

Informacje

Informacje

Zdrada i rozpad, czyli pucz w powiecie

Kiedy w ubiegłym miesiącu napisaliśmy artykuł o planowanym odwołaniu Adama Lewandowskiego, przewodniczącego Rady Powiatu, w redakcji rozdzwoniły się telefony. Dzwonili też powiatowi radni z pretensją, że tworzymy fakty i powielamy nieprawdziwe plotki. Tymczasem stało się tak, jak napisaliśmy.

W tej kadencji jeszcze nie było tak emocjonującej sesji Rady Powiatu. Stanowisko stracił przewodniczący Adam Lewandowski z Prawa i Sprawiedliwości. Zastąpił go Eryk Muszer w barwach Samorządowego Komitetu Obywatelskiego. Przewidywaliśmy taki scenariusz w listopadowym numerze „Naszej Gazety”, choć z nieco innym zakończeniem. Przed miesiącem, czyli w czasie kiedy rodziła się intryga, brano podobno pod uwagę także Józefa Mrowca. Temu radnemu przypadło za to w udziale poprowadzenie części „odwoławczej” sesji. Józef Mrowiec poskarżył się na naszą publikację sugerując, że uruchomiła ona całą lawinę medialnych i politycznych spekulacji. Dziękujemy radnemu za pamięć, bo darmowa reklama w tak prestiżowej grupie docelowej, jak władze powiatu, dla gazety jest bezcenna.

Sławny artykuł nosił tytuł: „Kto zdradzi?”.Teraz już wiadomo.

Do listopadowej sesji władzę w powiecie sprawowała koalicja ugrupowań: Prawo i Sprawiedliwość, Gminy Ziemi Mikołowskiej oraz Dla Gminy i Powiatu. Mieli jedenastu radnych. Opozycja zbudowana z Platformy Obywatelskiej, Forum Samorządowego, Obywatelskiego Komitetu Samorządowego i Polskiego Stronnictwa Ludowego mogła liczyć na dziesięć szabel. Ta krucha przewaga pozwoliła utrzymać się koalicji przez trzy lata. Dwa razy opozycja próbowała odwołać Adama Lewandowskiego i dwukrotnie zabrakło jej głosów. Stało się jasne, że koalicję może rozbić tylko ktoś z wewnątrz. W tej roli wystąpił Bogdan Tkocz z klubu PiS. To on otwierał listę siedmiorga radnych, którzy podpisali się pod wnioskiem o odwołanie Lewandowskiego. W tej sytuacji wynik głosowania wydał się przesądzony tym bardziej, że opozycja stawiła się na listopadowej sesji w komplecie i bojowych nastrojach. Nie chcąc bronić przegranej sprawy za odwołaniem przewodniczącego byli także koalicjanci z GZM i GiP. Głosowanie było oczywiście tajne, ale znając wyniki i układy sił nietrudno ustalić, kto i jak skreślał. Lewandowskiego odwołano stosunkiem głosów 16 do 4. Tym samym rozpadła się koalicja rządząca powiatem od wyborów w 2014 roku.
Kto na tym zyska?

Na pewno opozycja. Platforma Obywatelska dostała od Bogdana Tkocza prezent na gwiazdkę w postaci odwołania ważnego w powiecie polityka Prawa i Sprawiedliwości. Paradoksalnie, może na tym wygrać także sam Adam Lewandowski. Nie było tajemnicą, że w koalicji czasami zgrzytało, a jego relacje ze starostą Henrykiem Jaroszkiem nie zawsze przypominały sielankę. Lewandowski nie musi już robić dobrej miny do złej gry. PiS może wykorzystać tę sytuację i rozpocząć budowę bloku opartego na krytyce „układów” w powiecie. Za niespełna rok odbędą się wybory samorządowe. PiS nie musi się już martwić o dobry motyw przewodni do kampanii.

Kto stracił?

Na pewno Bogdan Tkocz. Jeżeli ktoś po trzech latach współpracy pokazuje swoim koleżankom i kolegom środkowy palec, zawsze jest ryzyko, że takie zachowanie wejdzie mu w krew. Żadne ugrupowanie raczej nie zaproponuje mu startu w wyborach, aby uniknąć tarapatów, jakie przeżywa teraz PiS. Zresztą już teraz Bogdan Tkocz został sam. W PO go nie chcą, a lokalne ugrupowania są hermetyczne i opanowane przez „starych” działaczy. Przez moment próbował szczęścia w pozamikołowskich strukturach PiS, ale nawet udawana przyjaźń z Tkoczem dla działaczy partyjnych może być niebezpieczna. Na swoim profilu społecznościowym zaczął on bowiem krucjatę przeciwko partii Jarosława Kaczyńskiego. Przez trzy lata firmował PiS, ale teraz nadrabia zaległości i krytykuje wszystko: od prezesa, po księży
i telewizję publiczną. Obserwowanie tej przemiany byłoby zabawne, gdyby nie dotyczyło samorządu finansowanego z publicznych pieniędzy.

Za rok idziemy na wybory i znów wróci pytanie o jakość i poziom ludzi, którym marzy się władza.

Przegranym tej sytuacji, choć na zupełnie innym poziomie, jest także starosta Henryk Jaroszek. Do tej pory miał jedną opozycję z PO na czele. Teraz, jako drugi przeciwnik, doszedł PiS. Kluby GZM i GiP liczą w sumie sześcioro radnych. To za mało, aby cokolwiek przeforsować, a przed władzami powiatu są dwa ważne głosowania. Najpierw budżet, a później absolutorium. Henryk Jaroszek, jeżeli chce w miarę normalnie rządzić, musi przebudować zarząd powiatu i wejść z kimś w układ. Możliwe też jest inne rozwiązanie. W klubie radnych PiS zasiadają Joanna Bieniek i Marek Szafraniec. Obydwoje pełnią też etatowe funkcje we władzach powiatu. Bieniek jest członkiem zarządu, a Szafraniec wicestarostą. Niewykluczone, że obydwoje porzucą klubową lojalność na rzecz doraźnych, ale konkretnych korzyści. Jeżeli za cenę posad ta dwójka opuści, albo przynajmniej rozluźni związki z Lewandowskim, staroście uda się sklecić w radzie większość.

Zamiast koalicji PiS-GiP-GZM powiatem będzie rządzić układ GiP-GZM+doraźne przystawki.

Czy to ma w ogóle jakieś znaczenie? Oczywiście, że tak. Między bajki można włożyć zapewnienia, że skuteczne samorządy lokalne mogą być niezależne politycznie. Oczywiście, dobry gospodarz nie potrzebuje pomocy posłów i ministrów, aby zadbać o drogi, szkoły, przychodnie, kulturę i rekreację. Czasami jednak pojawiają się szanse na grubsze sprawy, które można załatwić tylko w Katowicach albo Warszawie. Województwem rządzi Platforma Obywatelska, a krajem Prawo i Sprawiedliwość. Kto ma znajomości w tych środowiskach, tego wysłuchają. Niezależni samorządowcy mogą najwyżej zostawić pismo w biurze podawczym. Z odejściem Adama Lewandowskiego, ekipa starosty Henryka Jaroszka nie ma już nigdzie „pleców”. Świat się od tego nie zawali, ale realizacja jakichś poważniejszych planów będzie musiała poczekać aż w koalicji rządzącej powiatem znajdzie się ktoś z pierwszej ligi, czyli PiS albo PO. Nie brzmi to za dobrze, ale tak jest cała prawda o polskiej polityce. Aby coś znaczyć mali muszą podczepić się pod dużych. Dla gazety, skuteczny skok na Lewandowskiego ma tylko dobre strony. Aż do wyborów będziemy mieli o czym pisać, bo sytuacja w powiecie - jak mawiają komentatorzy sportowi - jest dynamiczna.

Jerzy Filar


 

Mogli się postarać o lepszy pretekst

Adam Lewandowski, były przewodniczący Rady Powiatu

 

- Został Pan odwołany pod dosyć ciekawymi zarzutami: organizowanie sesji o godz. 15 zamiast 16, brak stałych dyżurów i upolitycznienie sesji poświęconej generałowi Ziętkowi.

- Sesje są o godz. 15, ponieważ tak chcieli sami radni. Miałem coś znacznie lepszego, niż stałe dyżury. Poprosiłem starostę o przyznanie mi telefonu, którego numer był ogólnodostępny dla mieszkańców. Kto chciał, mógł się ze mną umówić w dogodnym miejscu i terminie, a nie podczas sztywnych ram wyznaczonych dyżurami. A jeżeli chodzi o generała Ziętka to sesję upolitycznili radni, którzy wnioskowali o uchwałę protestującą przeciwko zmianom nazw ulic. Generalnie, wnioskodawcy mogli się lepiej postarać, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że takie zarzuty były tylko pretekstem do odwołania, a prawdziwe przyczyny miały podłoże polityczne.

- Ogłosi Pan koniec koalicji z GZM i GiP?

- Wynik głosowania był jednoznaczny. Mojego odwołania chciało 16 radnych i choć głosowanie było tajne nietrudno się zorientować, jaką decyzję podjęli „koalicjanci”. To oni zdecydowali o zerwaniu sojuszu.

- Było was w klubie PiS pięcioro. Jeden zdradził. PiS w powiecie się sypie?

- PiS w powiecie ma się bardzo dobrze. Za rok na naszych listach do wyborów samorządowych znajdą się najlepsi kandydaci.

- Jak Pan sobie ułoży życie w Radzie Powiatu?

- Przesiądę się do innego stolika i będę pracował bez ograniczeń, jakie czasami narzuca funkcja przewodniczącego.

- Stworzy Pan twardą opozycję wobec starosty?

- Koalicyjna umowa zobowiązywała klub PiS do wspierania starosty, choć nie było tajemnicą, że nie we wszystkich sprawach byliśmy zgodni. Teraz mam wolną rękę, co nie znaczy, że zacznę negować wszystkie decyzje władz powiatu. Będę rzeczowy, krytyczny i obiektywny.


 

Lewandowski poległ od własnej broni

Rozmowa z Mirosławem Dużym, liderem PO w powiecie mikołowskim

 

- W powiatowej PO strzeliły korki od szampana, kiedy przewodniczący z PiS stracił stanowisko?

- Bez przesady. Adama Lewandowskiego znam tylko z posiedzeń Rady i nie traktuję jego porażki osobiście. Choć nie powiem, że mnie taka spektakularna przegrana zmartwiła, tym bardziej, że następca jest z najwyższej, samorządowej „półki”...

- W kuluarach sesji „odwoławczej” mówił Pan, że to chichot historii. O co chodziło?

- No cóż, Adam Lewandowski poległ od własnej broni. Trzy lata temu koalicja PiS-GZM-GiP zdobyła władzę dzięki zdradzie „naszej” radnej. Teraz ta historia powtórzyła się w drugą stronę...Ktoś zdradził i wysadził powiatowy PiS w powietrze.

- Co zrobi teraz PO?

- A możemy coś zrobić? Zmiana przewodniczącego, choć była widowiskowa i medialna, nie zachwiała układem. Pomimo wzajemnej niechęci (16:4!) żądza władzy jest mocniejsza, a realna władza i tak jest w rękach starosty. Chyba, że się mylę...

- Co słychać na Pana partyjnym podwórku?

- Jakoś leci. 2 grudnia w całej Polsce odbyły się wewnętrzne wybory, szefem regionu został Marszałek Wojciech Saługa, a mnie wybrano przewodniczącym w powiecie mikołowskim. Korzystając z okazji chciałbym wszystkim koleżankom i kolegom podziękować za zaufanie.

- A co z kołem mikołowskim?

- Zarząd krajowy podtrzymał decyzję władz regionalnych o jego rozwiązaniu. Dotychczasowi członkowie mogą wpisać się do dowolnego koła na terenie kraju. Nie można też wykluczyć, że w Mikołowie powstanie wkrótce nowe koło.

Śledź nas

Social & newsletter

Logo stopka

© 2020 © Wszelkie prawa zastrzeżone

Search