Kultura

Opowieść wigilijna

W murowanej piwnicy, tańcowali zbójnicy…

Elegancko ubrany mężczyzna, wystylizowany trochę na Don Corleone, odłożył na stół butelkę szampana. Zamiast wystrzału korka, powietrze przeciął złowrogi szept.

- Hej, wy! Grajki! Do kogo pijecie? Kto tu niby jest zbójnikiem?



Od początku nie podobał mu się pomysł tej imprezy. Można się integrować, ale do pewnych granic.
W dodatku, kto zaprosił ten zespół? Jak knajpiani szansoniści mogą nazywać się „Suweren - band”?

- Mirek! Spasuj trochę. Ci ludzie ciężko pracują, abyś ty się mógł opychać ośmiorniczkami i zapijać szampanem - od sąsiedniego stolika gwałtownie zerwał się dobrze zbudowany mężczyzna z kilkudniowym zarostem.
W zamarłej nagle sali złowieszczym echem odbiło się zderzenie krzesła z podłogą.

- Lepsze ośmiorniczki od kartofli, panie przewodniczący.

Ruszyli ku sobie jak młode harty, które zwietrzyły krew rannego lisa. Zapowiadało się zdrowe mordobicie, ale rwących się mężczyzn usadziło głośne trzaśnięcie drzwiami. W progu knajpy stanął ubrany w czerwony płaszcz, starszy facet z wielką siwą brodą.

- Nie przeszkadzaj nam dziadek i spadaj do MOPS. To jest zamknięta impreza - przywitał gościa jeden z bohaterów awantury.
- Ho! Ho! Ho! Chyba mnie nie poznajecie. Nazywam się Mikołaj. Święty Mikołaj - przybysz pstryknął palcami, a środek sali bankietowej spowiła srebrna, bajkowa poświata. Wyszły z niej dwa, wielkie renifery.

- Rany boskie! Bierz Pan stąd te krowy, bo jeszcze narobią i kto to posprząta - zza bufetu wyskoczyła właścicielka knajpy.

Mikołaj machnął ręką. Renifery i mgła znikły.

- Słuchajcie mnie uważnie, bo nie będę powtarzać. Generalnie, Mikołaje są od prostych spraw. Dają dzieciom gadżety, aby przynajmniej raz w roku zaspokoić ich roszczeniowe zapędy. Ale są też Mikołaje od zadań specjalnych. Jak w wojsku. Jest piechota i są komandosi. Dlatego grzecznie pytam: kto tu rządzi?

- Ja - z cienia wyszedł starszy mężczyzna z młodzieńczym błyskiem w oku.

- Ja, czyli kto?

- Henryk Pierwszy, to znaczy Henryk Jaroszek. Starostą tu jestem.

- Dlaczego Pierwszy?

- Bo mam wiernego druha, też Henryka. Zawsze był moim zastępcą, czyli Henrykiem Drugim.

Mikołaj machnął ręką.

- Starczy już tych dynastycznych historyjek. Możesz mi powiedzieć, kim są ci dwaj i dlaczego tak wrzeszczą na siebie? Słychać ich w górnej warstwie stratosfery.

Henryk Pierwszy wzruszył lekceważąco ramionami. Mikołaj niby światowy, a taki nieobyty.

- Co mają nie wrzeszczeć. Przecież muszą. Jeden to Mirek Duży z PO, a drugi Adaś Lewandowski z PiS. Gdyby przestali się drzeć, to byłoby cicho. A jak będzie cicho, to
w centralach partyjnych tę ciszę usłyszą. Chłopaki trafią wtedy na dywaniki i będzie po nich. A tak, jak się awanturują, to przynajmniej mają spokój.

Mikołaj nie zrozumiał
z tego ani słowa. Rozejrzał się po sali. Z tłumu wyłowił szpakowatego mężczyznę z brodą, niezbyt bujną, ale zawsze.

- Podejdź do mnie dobry człowieku.
„Suweren” cicho zanucił: To Aleksander…

- …Aleksander Kwaśniewski przyjechał do was na jednego? - ożywił się Mikołaj.
- Nie Kwaśniewski, ale nasz Aleksander. Wyra Aleksander z Łazisk Górnych.

- Też ładnie - mruknął Mikołaj - Z oczywistych względów wyglądasz mi na uczciwego faceta. Możesz powiedzieć, o co tutaj chodzi?

- Pytasz generalnie o Polskę, czy nasz powiat?
- Za niski stopniem jestem, żeby ingerować na szczeblu krajowym. Nawijaj o waszym grajdołku.

- To proste, jak drut. Rządzi koalicja, ale jest też opozycja. W koalicji jest wewnętrzna opozycja, która czasami głosuje tak, jak ta normalna opozycja. Ale w normalnej opozycji też jest wewnętrzna opozycja, która nieraz ma sztamę z koalicją, a przynajmniej z tą frakcją, która kombinuje po cichu z opozycją,
a przynajmniej…

Mikołaj z głęboką troską zajrzał rozmówcy w oczy.

- Co wy tutaj pijecie? Ukraińskie paliwo lotnicze?

- No wiesz, ty co. Wszyscy trzeźwi jesteśmy, jak stodoła. Impreza dopiero się zaczynała. Mirek miał otworzyć szampana, ale wybuchła ta awantura, a później ty się wkręciłeś na sępa. Tłumaczę ci proste sprawy, a ty tego nie łapiesz. Zresztą ja rządzę w gminie,
a nie w powiecie. Nic ci już nie powiem - Aleksander Wyra obraził się na dobre.

Zbity z tropu Mikołaj rozejrzał się niepewnie po sali. Jego uwagę przykuła jedna z dwóch kobiet w tym towarzystwie. Wyróżniała się kolorowymi pasemkami na grzywce.

- Może Pani mi coś podpowie? Pani chyba zna się nie tylko na polityce, ale i na modzie…

- Chciałeś pewnie dodać: nowoczesna w domu i zagrodzie. Nic z tego. Nie dam się wciągnąć w twoje gierki. Moja wieś jest cicha i spokojna. Niepotrzebna mi tu żadna wojna - ostro i z rymem odcięła się wójt Barbara Prasoł z Wyr.

Mikołaj z niemą prośbą spojrzał na stojącego obok niej szpakowatego mężczyznę w okularach.

- O ile dobrze się orientuję, Pan też jest wójtem. Znanej i bogatej gminy Ornontowice…

- Pocałujta w… czoło wójta! - Kazimierz Adamczyk nie zdzierżył. Uchodził za spokojnego człowieka, ale wszyscy wiedzieli, że lepiej nie gadać z nim o finansach gminy.

- A Pan? - Mikołaj wycelował palec w postawnego mężczyznę, stojącego obok choinki.

- Co ja? Ja sobie spokojnie orzechy wieszam na choince.

- Acha! Zrozumiałem aluzję. Pan jest zapewne burmistrzem Orzesza?

- No i co z tego. W zasadzie jestem tu na gościnnych występach. Orzesze nigdy nie pchało się do powiatu mikołowskiego. Co złego, to nie ja - Mirosław Blaski ostentacyjnie odwrócił się do Mikołaja plecami.

Atmosfera gęstniała. Mikołaja, choć świętego nie powinny męczyć ludzkie przypadłości, zaczął się intensywnie pocić. Nie mógł się wycofać, a nie posunął sprawy ani krok. Dręczyła go wizja nagany i służbowej degradacji. Bał się, że wróci do czarnej mikołajowej roboty. Nie przepadał za dziećmi i nie lubił się przemęczać przy taszczeniu worów z prezentami.

- A kto z was był ostatnio niegrzeczny? - uśmiechnął się nieszczerze.

Rękę podniósł wysoki, szczupły mężczyzna.

„Suweren” zanucił: Piekła nie ma, dusza hula, oto burmistrz Staś Piechula.

- Chcesz się przyznać? - zdziwił się Mikołaj.

- Chcę kogoś podkablować. Tam w kącie siedzi facet. Nic nie mówi, bo tylko słucha, a potem donosi. Wymądrza się, przeszkadza
w rządzeniu, wypytuje o jakieś pierdoły.

Przy narożnym stoliku siedział młody i młodzieżowo ubrany facet. Samotnie stojący kieliszek i jeden talerz były najlepszym dowodem, że nie jest on duszą tego towarzystwa.

- Mogę prosić cię na słowo młody człowieku? - uprzejmie zagaił Mikołaj.

- Jestem Wnuk.

- Czyj wnuk?

- Syn Wnuka i wnuk Wnuka. To nazwisko.
- Aaa! Coś sobie przypominam. Metoda „na Wnuka”. Głośna sprawa. Dlaczego dręczysz samorządowców? Mało mają problemów? Muszą się męczyć z ludźmi, martwić o stołki, a jeszcze ty się wcinasz.

- Chyba sobie jaja robisz. Nie widzisz, tam z góry, co oni wyprawiają? Knują, kombinują, migają się od roboty, obiecują zamiast robić coś konkretnego - zaperzył się Artur Wnuk.

- Dość! Nie chcę już tego słuchać! Jesteś arogancki i trzeba cię sprowadzić na ziemię. Jak będziesz mi tak dalej pyskował… - twarz Mikołaja poczerwieniała, jak jego kubrak.

-…Hola! Hola! Mikołaju szanowny, przystopuj trochę i nie wchodź między wódkę a zakąskę - przerwał ten monolog Stasiu Piechula.

- Chyba nie rozumiem. Nie znam waszych wszystkich powiedzonek.

- No to słuchaj i ucz się. Nie naskakuj tak na Wnuka, bo nic ci do niego. To jest mój wróg, a nie twój. Nie oglądałeś „Samych swoich”? Nie pamiętasz, co mówił Kargul, jak Pawlaka spotkał na ziemiach odzyskanych? „Wróg bo wróg, ale swój”.

Mikołajowi do reszty opadły wąsy. Napotkał wzrokiem Dużego i Lewandowskiego. Ich spojrzenia nie wróżyły niczego dobrego.
Tymczasem z saloniku dla VIP-ów wyszła czarnowłosa, elegancka kobieta. Omiotła spojrzeniem całe towarzystwo. Mikołaj poczuł ciarki na plecach.

„Suweren” przestraszonym falsetem zanucił na melodię „Z twarzą Merylin Monroe”: W niej jest siła, w niej jest moc, oto poseł Iza Kloc.

- Bije ze mnie samo dobro, ale znam też Zbyszka Ziobro - powiedziała posłanka i to wystarczyło.

Mikołaj padł na kolana. Wyglądał, jak Cezary Pazura w kultowej scenie z „Psów”, kiedy spadł ze skarpy, a Marek Kondrat mierzył do niego z pistoletu.

- To ja już pójdę. Co tutaj będę tak sam siedział - wymamrotał Mikołaj i pstryknął palcami. W ekspresowym tempie zmaterializowały się dwa renifery i równie szybko zniknęły razem ze swoim pasażerem.

W sali przez kilkadziesiąt sekund panowała głucha cisza.

- Śniło nam się to? - zapytał Lewandowski.

- Śniło?! - zapytał ironicznie Duży. - Lepiej zobacz co zostawił po sobie renifer. Na szczęście ja tu nie jestem od sprzątania. Ja tu tylko nalewam.

- Póki co, grać kapela, szwagra biją - Henryk Pierwszy, zarządził powrót do zabawy.

„Suweren-band” nie dał się prosić: W cembrowanej piwnicy tańcowali zbójnicy…

Wszyscy złapali się za ręce i ruszyli w tan.
Max Star
Ciąg dalszy nastąpi przed Świętami Wielkanocnymi.

Śledź nas

Social & newsletter

Logo stopka

© 2020 © Wszelkie prawa zastrzeżone

Search