Wszystkie

Kosztowna gangrena…!

Na stronie Gazeta.pl - forum Ruda Śląska pojawił się wątek pn. „Wiadomości R.”. Inicjatorka wątku zwróciła uwagę na zestawione w jednej z gazet informacje o zarobkach „od 6,6 tysiąca brutto do najwyższych”. Dla forumowiczki najważniejszą pozycją na liście była ta: „naczelny lokalnej gazety (Ruda Śląska), dwa lata na stanowisku, przedtem kilka lat pracy w telewizji – 9000 zł”. Jednak inni nie bardzo kwapili się by podjąć temat. Ktoś, dając wyraz swojemu obyciu, zapytał „No i co w związku z tym?” No właśnie: i co? Jedni zarabiają więcej, drudzy mniej. Pewnie ci pierwsi na więcej zasługują, bo więcej zysków wypracowują i już - pisze BARBARA KOŁODZIEJ ze Stowarzyszenia Obywatelskiego „Referendum”.

Dawno się zgodziliśmy na tego typu nierówności, na to, że są posady i zawody związane z różnym wysiłkiem, ryzykiem, odpowiedzialnością bądź też z produkcją określonych dóbr materialnych, które inni kupują i stąd zysk do podziału. Dlatego nie protestujemy, a nawet przeciwnie, uważamy, że słusznie lekarze zarabiają dziś sporo. Nie kwestionujemy też zarobków górników. Nie zaglądamy do kieszeni właścicielowi warsztatu samochodowego, pracodawcy kilkunastu osób. To logiczne, że ile zysku wypracuje, tyle ma. Ba, to samo może dotyczyć wydawcy poczytnego tytułu prasowego. O co więc chodzi? Ano, o kilka „szczegółów”… Już wyjaśniam. Na początek nieco historii. Mogę coś o niej powiedzieć, bo miałam okazję się jej przyglądać blisko, a nawet w niej uczestniczyć jako dziennikarz oraz sekretarz redakcji.

Tygodnik był w swoim czasie na pewno osiągnięciem władz samorządowych Rudy Śląskiej. Dla społeczności tego nietypowego miasta (zlepku dzielnic, bez właściwego centrum), był nie tylko komunikatorem, informatorem, ale i czynnikiem, który miał szansę odegrać pewną rolę w integracji rudzian. Tygodnik był płatny, ale jako zakład budżetowy miał zabezpieczenie finansowe gwarantowane przez budżet miasta. Wiele innych miast również powoływało własne tytuły i nikt nie widział w tym nic złego. Jednak po kilku latach sytuacja była już inna: skoro eksperyment się powiódł, gazety lokalne wykazały, że mogą wypracowywać zyski, reklamodawcy je cenią, trzeba iść dalej. I właśnie dalej poszło wiele samorządów proponując zespołom redakcyjnym już samodzielne wydawanie tytułu albo też proponując kupno tytułu prywatnym inwestorom.

Wydawało się, że nie ma przeszkód by podobnie stało się w Rudzie Śląskiej.

Okazało się, że jesteśmy społecznością wyjątkową… Samorząd rudzki nie wyobrażał sobie takiej rewolucji. Zdecydował się najpierw na przekształcenie zakładu w spółkę z o.o., a kolejne etapy miały być sprawą przyszłości (albo raczej: przyszłych kadencji). Kadra gazety miała odtąd sama troszczyć się o swoje zabezpieczenie finansowe przez sprzedaż tygodnika, reklam, ewentualnie organizację imprez i wydawanie innych pozycji. Plan był pozornie wykonalny. Wystarczyło podnieść nakład, to zaś wymagało z jednej strony odpowiedniej promocji, z drugiej zaś - lepszej jakości tygodnika, podejmowania treści, jakie autentycznie nurtują rudzian. Jednak w tym drugim aspekcie był pewien istotny szczegół: rudzianie interesują się nie tylko tym, co aktualnie planuje ten czy inny ośrodek kulturalno-rozrywkowy bądź tym, jaka jest historia dzielnicy, czy tym, gdzie można zagrać w piłkę, ale i aktualną działalnością władz miasta. Oczywiście, władze bynajmniej nie zamierzały unikać dziennikarzy, przeciwnie, praktycznie przecież nie było dnia, by ważna osobistość nie uczestniczyła w tym, czy innym wiekopomnym wydarzeniu. Ale wiedziały też, jak należy wydarzenie to opisać i wiedziały, o co dziennikarz pytać nie może. Wszelkie nieprawidłowości były piętnowane natychmiast. Włącznie z tymi, które (wiem: niektórzy nie uwierzą), nie były wcale zamierzone! Tak to już jest, że czasem czytelnik lepiej wie, co autor miał na myśli… .

W rezultacie nakład nie mógł drgnąć, a koszty - wobec niemożności dotowania spółki, coraz bardziej gazetę pogrążały. Na dodatek z wypracowanych dochodów spółka miała opłacić wynagrodzenia trzyosobowej rady nadzorczej. Ratunkiem były dodatkowe zlecenia miejskich materiałów promocyjnych.

Lata mijają. Zmianom ulega struktura spółki i skład kadry. Bez zmian natomiast rada nadzorcza liczy trzech członków, natomiast bilans spółki, łagodnie mówiąc, ciągle nie jest dodatni. A ściślej, w ciągu trzech ostatnich lat wskazuje się na poważne straty. Na dodatek bilans ten wypracowuje się przy wydatnej „pomocy” ze strony miasta. Jakiej? A choćby w postaci druku różnego rodzaju materiałów promocyjnych. Do dziś nie udało się ustalić na jaką kwotę, ponieważ prezes spółki wezwana na posiedzenie Komisji Rewizyjnej odmówiła wyjaśnień w tej kwestii (nie dosłownie, gdyż jak stwierdzała - nie pamięta, nie wie). W sumie wcale mnie nie dziwi jej odpowiedź, gdyż jako prezes spółki prawa handlowego, nie ma obowiązku „spowiadania się” przed kimkolwiek, poza właścicielem, a tego reprezentuje Pani Prezydent. Dlatego też trudno zrozumieć, dlaczego radni nie wezwali w tej sytuacji na posiedzenie komisji Pani Prezydent, która powinna udzielić radnym wyjaśnień w tych kwestiach. Można więc tylko podejrzewać, że np. trudnościami spółki był podyktowany druk na całej kolumnie kolorowej reklamy - promocji pt. „Atrakcyjna Ruda sposobem na bruda”. Jaki inny sens miałby wydruk w lokalnej gazecie tego typu reklamy?

I kto mógłby ją opłacić? Ano, tylko my - rudzianie. Dlatego zapłaciliśmy więcej za odbiór odpadów, niż nasi sąsiedzi.

A przecież tego typu praktyki nie powinny mieć miejsca.

Wykładnia prawa jest oczywista: w teorii państwa mówi się o trzech sektorach: I - państwowy, II - rynek, przedsiębiorczość, III - to my, społeczeństwo obywatelskie, organizacje pozarządowe. Każdy z wymienionych sektorów ma swoje zasady i narzędzia, których nie należy przenosić do innych sektorów, tzn.:

- Państwo, jest strażnikiem prawa i dysponuje środkami budżetowymi, w celu zaspokojenia potrzeb, których nie może zaspokoić rynek.

- Rynek kieruje się prawem popytu i podaży. Decyduje konkurencja. Podmiot przynoszący straty, to podmiot niepotrzebny.

- Trzeci sektor kieruje się solidarnością i reaguje na potrzeby, których nie zauważa państwo i nie podejmuje rynek.

Wobec powyższego schematu opisywany przypadek (spółka prawa handlowego, która nie przynosi zysków), jest sztucznie podtrzymywana przy życiu kosztem budżetu, to znaczy środków, które powinny być przeznaczane na potrzeby mieszkańców miasta. Niestety, to nie jedyne negatywne konsekwencje, bo zasada patologicznego wspierania spółki zaburza relacje rynkowe i nie pozwala na zastosowanie zasady konkurencji. Sam fakt, jakim jest „darmowe rozdawnictwo” gazety, oznacza dla potencjalnej konkurencji, że również i ona musi zdecydować się na to samo, Tyle że ta, nie ma protektora w magistracie i nikt jej nie przekaże dotacji. Problemem są też ceny powierzchni reklamowych, gdyż i tu spółka miejska może je obniżyć poniżej kosztów druku, podczas gdy dla konkurencji może być to zabójcze. Upadek konkurencji, to strata kolejnego podmiotu, który przynosił nam zyski w postaci podatków, a może i generował miejsca pracy. Oczywiście, spółka miejska również kogoś zatrudnia, ale opłacamy to miejsce kosztem innych potrzeb. Np. spłaty zadłużenia miasta albo i kolejnej inwestycji.

Tak więc, tzw. darmowa gazeta jest w rzeczywistości droga i ryzykowna, płacimy za nią kilkakrotnie.

Poza powyższymi przesłankami, ważna jest również kwestia dostępu do rzetelnej informacji. W zamian jesteśmy karmieni propagandą, jak w dobie PRL-u. Władze są pokazywane jako zbawcy i geniusze, wszyscy inni, którzy ważą się kwestionować ten wątpliwy porządek, stają się wrogami, „krzykaczami”, czy cytując Panią Prezydent: „osobami zwolnionymi za niegospodarność” (nawiasem: ciągle czekamy na to, aż Temida zajmie się obroną naszego prawa do dobrego imienia). O wielu sprawach zwyczajnie nie wiemy. Prawdziwie wolna prasa informowałaby o faktycznym zadłużeniu i faktycznych staraniach władz, pytałaby w naszym imieniu dlaczego prezes spółki miejskiej w ubiegłym roku otrzymywała co miesiąc ponad 9700 zł i pytałaby, jak swoje powinności w sytuacji wieloletnich strat spółki pojmują członkowie rady nadzorczej. Czy nie mają oni stać na straży płynności finansowej i przestrzegania reguł rynkowych? Czy może uznają, że ich jedyną rolą jest pobieranie za spotkanie, co miesiąc, kwoty na jaką niejeden rudzian musi cały miesiąc pracować po 8 i więcej godzin.

Nie wierzą, że można inaczej? Można.

Aktualnie w Polsce obserwuje się interesujące zjawisko: „lokalne gazety coraz lepiej spełniają swoje funkcje kontrolne, są wydawane coraz bardziej profesjonalnie i - jako jedyny segment rynku prasy - przynoszą coraz większy dochód swoim wydawcom” - pisze Igor Janke w „Rzeczpospolitej” nr 53. Opisuje wydawców kilku tytułów: „Tygodnika Podhalańskiego”, „Gazety Jarocińskiej”, „Gazety Łukowskiej” i innych. Każdy z nich ma grono kilkudziesięciu czytelników, rosnące liczebnie redakcje i sukcesy w postaci szacunku obsługiwanych społeczności lokalnych. Przy podziwie całego środowiska dziennikarskiego, związanego z gazetami ogólnopolskimi, których dotyczą tendencje całkowicie przeciwne. Jednak wymienione tytuły to nie zjawisko pogodowe, tylko rezultat ciężkiej pracy ludzi, którzy poważnie traktują misję dziennikarską. Ich jedynym zmartwieniem są jednak starania władz lokalnych samorządów, które co rusz próbują swoich sił w postaci gazet samorządowych. W artykule „Władza chce prasy dla siebie” Tomasz Małecki cytuje wypowiedź właściciela - wydawcy „Gazety Jarocińskiej”: „…Gazety samorządowe to jest gangrena rynku prasowego. Proszę tak napisać. Bardzo lubię to słowo - gangrena - podkreśla.”

Nie wiem, czy stwierdzenie, iż nie tylko w Rudzie Śląskiej panuje gangrena może nas pocieszać, ale powiedzmy, ze wstępem do leczenia jest dobra diagnoza.

Z pomocą chce nam spieszyć nawet i Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która w grudniu 2011 roku wydała „Opinię prawną na temat zagrożeń związanych z działalnością wydawniczą prowadzoną przez samorządy lokalne”. Opinia jest wyważona, ale trafnie wskazuje na nasze problemy: „nie można odmawiać władzom publicznym prawa do informowania o sprawach miasta czy dzielnicy na stronie internetowej urzędu, czy też za pośrednictwem biuletynu informacyjnego, zawierającego dokumenty urzędowe, uchwały rady gminy, ogłoszenia i przetargach etc. Działalność ta nie powinna jednak przybierać formy zwykłego tytułu prasowego, w którym komentowana jest bieżąca polityka lokalna. Trudno sobie bowiem wyobrazić, aby taka prasa realizowała podstawowe standardy dziennikarstwa, w tym zgodnie z art.1 ustawy Prawo prasowe, prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej”.

Social & newsletter

Logo stopka

© 2020 © Wszelkie prawa zastrzeżone

Search