Wszystkie

To nie jest prezydentura kompromisu

Z profesorem Aleksandrem Błaszczykiem, przewodniczącym koła powiatowego Platformy Obywatelskiej w Rudzie śląskiej, rozmawia Jerzy Filar.

- Od jakiegoś czasu prezydent Grażyna Dziedzic obarcza rząd za trudności budżetowe Rudy Śląskiej. Jako przedstawiciel partii rządzącej, czuje się Pan winny sytuacji, że władze miasta mają problemy?
- W polityce, zrzucanie na innych odpowiedzialności za swoją nieudolność jest bronią obosieczną. Wyborcy raczej nie współczują narzekającemu politykowi, lecz zastanawiają się, czy dokonali dobrego wyboru głosując na osobę, która nie radzi sobie w trudnych sytuacjach. Obojętnie, kto rządzi w Polsce, zawsze aktualny jest problem zobowiązań finansowych państwa wobec samorządów. W takiej samej sytuacji znajdują się wszystkie miasta i gminy w Polsce.

- Mieszkańcy, słuchając niektórych wypowiedzi prezydent miasta albo osób z jej otoczenia, mogą odnieść wrażenie, że Donald Tusk nie płaci na czas, bo nie lubi Rudy Śląskiej…
- Rozumiem ironię w pytaniu, ale całkiem poważnie mogę zapewnić, że premier nie uwziął się na Rudę Śląską ani na żadne inne miasto. Różnica polega tylko na tym, że samorządowcy z innych miejscowości, nie zrzucają winy na Warszawę za swoje niepowodzenia. Narzekanie na innych i wykręcanie się od odpowiedzialności za problemy bardzo obniża rangę władzy lokalnej.

- Prezydent miasta obraziła się nie tylko na rząd, ale także na parlamentarzystów z Rudy Śląskiej. Pańska partyjna koleżanka, poseł Danuta Pietraszewska oraz poseł Grzegorz Tobiszowski z PiS stali się personami non grata na uroczystościach i imprezach organizowanych przez miasto.
- Trudno zrozumieć i zaakceptować tę sytuację. Posłowie wypełniają swoje obowiązki dzięki mandatowi społecznemu. Lekceważąc ich, prezydent odwraca się plecami do kilkudziesięciu tysięcy rudzian, którzy oddali głos na Danutę Pietraszewską albo Grzegorza Tobiszowskiego. Trudno znaleźć logikę w takim postępowaniu. Nawet, jeżeli prezydent miasta kieruje się motywacjami osobistymi i ambicjonalnymi to trzeba je odłożyć na bok, dla dobra Rudy Śląskiej. Danuta Pietraszewska i Grzegorz Tobiszowski należą do władz swoich partii. Ich głos w Warszawie i Katowicach się liczy. Zdobyli się także na rzecz niezwykłą, jak na polskie realia polityczne. Jest sprawą oczywistą, że Danutę Pietraszewską i Grzegorza Tobiszowskiego dzielą różnice programowe, ale w sprawach dotyczących Rudy Śląskiej potrafią zakopać topór wojenny między PO i PiS. Prezydent miasta nie chce albo nie potrafi wykorzystać ich możliwości i potencjału. Myślę, że wyborcy PO i PiS śledzą sytuację i wyciągają wnioski.

- Prezydent miasta uważa, że partie polityczne nie powinny mieć wpływu na rządzenie miastem.
- Skoro tak mówi, to znaczy, że chyba nie do końca rozumie na czym polega polityka. Gdyby spojrzeć na obecną sytuację w mieście, to najbardziej zdyscyplinowaną i zdeterminowaną partię tworzą zwolennicy prezydent Grażyny Dziedzic. To jest jej prywatna partia i to na dodatek pozbawiona zewnętrznej kontroli. U nas, w Platformie Obywatelskiej, a podejrzewam że w PiS jest podobnie, obowiązuje hierarchia decyzyjna. Nad kołem w Rudzie Śląskiej, są władze regionalne, a wyżej centrala w Warszawie. Funkcjonują sądy partyjne oraz wiele innych organów kontroli i nadzoru. Każda błędna decyzja naszego członka, nawet jeżeli jest nim poseł albo prezydent miasta, może zostać poddana ocenie i weryfikacji.

- Sugeruje Pan, że prezydent związany z partią polityczną jest lepszy od „bezpartyjnego”?
- Prezydent miasta sprawujący władzę pod określonym sztandarem partyjnym, odpowiada nie tylko przed mieszkańcami, ale także przed środowiskiem politycznym, które go wykreowało. System podwójnej odpowiedzialności na pewno służy miastu i poprawia jakość rządzenia.

- W mediach, prezydent Grażyna Dziedzic, przedstawiana jest jako osoba niezależna, która nie ulega partyjnym naciskom.
- Polityka informacyjna i promocyjna magistratu jest tematem zasługującym na odrębną uwagę. Warto się zastanowić nad kosztami tej medialnej aktywności i czy w ogóle są to pieniądze rozsądnie wydane. Moim zdaniem opinia publiczna, nie traktuje już poważnie przekazu informacyjnego dotyczącego Rudy Śląskiej. Wystarczy wspomnieć o sensacji sprzed kilku miesięcy, kiedy poważne badania socjologiczne miały udowodnić, że Ruda Śląska znajduje się na czwartym miejscu w Polsce, w rankingu miast, w których żyje się najlepiej. Okazało się to nieprawdą, a raczej błędną i wyrywkową interpretacją jednego parametru badawczego. Takie sytuacje nie budują pozytywnego wizerunku miasta, ale nas ośmieszają.

- Ale informacja o tym, że prezydent spłaciła po poprzedniku 50 mln zł długu, brzmi poważnie.
- Na szczęście Rudzianie potrafią liczyć i mają dobrą pamięć. Prezydent sprzedała za 40 mln zł PEC i dostała z Urzędu Marszałkowskiego ponad 10 mln zł zwrotu, za wybudowany przez Andrzeja Stanię plac Jana Pawła II w Nowym Bytomiu. Mieszkańcy doskonale wiedzą, gdzie tkwi źródło tego „cudu” gospodarczego.

- Porozmawiajmy o sytuacji wewnętrznej rudzkiej PO. Usunęliście ze swoich szereg Sladka. To była trudna decyzja?
- Trudna i bolesna, zwłaszcza dla mnie, ponieważ promowałem pana Jerzego Sladka, proponując jego kandydaturę na stanowisko sekretarza w rudzkim kole PO. Ale niestety, nie mogliśmy już dłużej tolerować jego postępowania. Naszym zdaniem Jerzy Sladek działał wbrew interesom partii, a szalę przeważyło jego zachowanie się wobec innych kolegów. Decyzję o wykluczeniu podjął sąd partyjny w Katowicach, a potwierdził ją Krajowy Sąd Koleżeński w Warszawie.

- Znacznie poważniejszy kaliber ma sprawa radnego Tadeusza Grozmaniego, który stracił mandat, kiedy okazało się, że współpracował ze służbą bezpieczeństwa. W mieście krąży opinia, że bronicie Grozmaniego.
- Nie dyskutujemy z wyrokami sądu. Tadeusz Grozmani przestał być członkiem PO, zanim zapadł wyrok w jego sprawie. Podobnie, jak opinia publiczna w Rudzie Śląskiej byliśmy zaskoczeni tą sytuacją.

- Niedawno rozdzieliście funkcje szefa miejskiego i powiatowego szefa koła PO. W powiecie Pan jest przewodniczącym, a w mieście Aleksandra Skowronek. Dlaczego?
- Tak jest łatwiej i sprawniej zarządzać kołem w dużym mieście, jakim jest Ruda Śląska. Dzielimy między siebie obowiązki.

- Mówi się, że to był pretekst, aby lansować Aleksandrę Skowronek na prezydenta miasta, w przyszłorocznych wyborach.
- Sprawa kandydata na prezydenta jest wciąż otwarta. Aleksandra Skowronek doskonale nadawałaby się do sprawowania tego urzędu ze względu na doświadczenie zawodowe. Przez lata była wiceprezydentem Rudy Śląskiej, a teraz doskonale radzi sobie na tym stanowisku w sąsiednich Świętochłowicach.

- A Jarosław Kania?
- Świetny kandydat. Jarosław Kania zna się na zarządzaniu, a dzięki pracy w Radzie Miasta ma doskonałe rozeznanie w problemach naszego miasta. Ale - powtarzam - sprawa jest otwarta. Jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że mamy w kim wybierać.

- A Pan? Tytuł profesorski byłby dużym atutem. Prezydent Krakowa wygrał wybory, między innymi dzięki temu, że mieszkańcy zaufali mądremu człowiekowi.
- Nie mam takiej wewnętrznej potrzeby ani politycznego temperamentu, aby startować w wyborach. Natomiast, także z racji statusu społecznego, czuję się współodpowiedzialny za swoje miasto. Kieruję się zasadą Johna Kennedyego: „Nie pytam, co Ruda Śląska zrobi dla mnie, ale co ja mogę zrobić dla Rudy Śląskiej”.

Social & newsletter

Logo stopka

© 2020 © Wszelkie prawa zastrzeżone

Search